NORDKAPP '99

71o 10' 21" N

mapka trasy (przybliżona)

„Nordkapp – w tą i z powrotem”

 

Osoby: Albert i Sylwia, Grzegorz i Bogusia oraz Piotr.

Motocykle: Yamaha Thunderace, Honda GoldWing Aspencade, Kawasaki GPX600R.

 

Decyzja o wyjeździe zapadła dość niespodziewanie i szybko. Gdzieś w połowie kwietnia, snując plany wyjazdowe na lato, Albert wpadł na pomysł: jedziemy na Nordkapp!
            Z uwagi na możliwość wzięcia niezbyt długiego urlopu, stwierdziliśmy, że musimy „zrobić” tę trasę w dość krótkim czasie. Dziesięć dni – w tą i z powrotem – jakieś 6000 km do przejechania; termin: 28.06-06.06.99. Oczywiście wiązała się z tym niemożność „zaliczenia” wielu ciekawych turystycznie miejsc i widoków oraz konieczność dłuższych dziennych „przelotów”. Humory trochę nam popsuła informacja, że w Szwecji maksymalną dozwoloną prędkością na autostradach jest 110km/h, poza nimi 90km/h – natomiast w Norwegii odpowiednio: na autostradach: 90km/h, poza nimi 80km/h. Dodatkowo osoby, które wcześniej jeździły do Skandynawii opowiadały nam o dużej ilości policji na drogach i jej wyczuleniu na punkcie jazdy z nadmierną prędkością. Pomyśleliśmy – cóż, trzeba będzie, to pojedziemy i dziesięć i dwanaście godzin dziennie... Trasę ustaliliśmy (po burzliwej dyskusji) następująco: jedziemy jak najkrótszą drogą na Nordkapp przez Szwecję i Finlandię, a potem wracamy fiordami przez całą Norwegię z powrotem do Szwecji. No tak, ale trzeba się jeszcze dostać do Szwecji – czyli prom. Z uwagi na nasz punkt startowy (wszyscy mieszkamy w Szczecinie) mieliśmy do wyboru: płynąć albo ze Świnoujścia (100km od Szczecina), albo z Rostocku (200km od Szczecina). Wyszło nam, że lepiej będzie płynąć z Rostocku z następujących powodów: promy linii TT-Line kursują do Trelleborga trzy razy dziennie – co daje nam możliwość wyboru najodpowiedniejszej pory dnia; sezon letni (i letnie ceny biletów – ok.100% wyższe) zaczynają się na tych liniach dopiero 15 czerwca, a nie jak u nas – od 1 czerwca; w Europie zachodniej przewoźnicy promowi dostrzegli już motocyklistów i mają dość przyzwoite ceny za przewóz motocykli, a nie traktują kierowcę motocykla jako udziwniony dodatek do tegoż pojazdu (cena biletu (TT-Line) w jedną stronę za: motocykl + kierowca: 70DEM, pasażer(osoba dorosła): 50DEM; w obie strony - odpowiednio: 120 i 100DEM; na polskich liniach promowych liczą: osobno motocykl, osobno kierowca i wychodziło nam to drożej). Stwierdziliśmy również, że płyniemy o 23.00 – prześpimy noc na promie i o 6.00 startujemy z Trelleborga, mając cały dzień na jazdę. Bilety rezerwowaliśmy na początku maja poprzez Internet (nie było żadnych problemów) – pojechałem sobie na małą wycieczkę do Rostocku tydzień przed wyjazdem, żeby je odebrać i za nie zapłacić. Codziennie sprawdzam w Internecie prognozy pogody dla miast leżących po drodze jak i na samym Nordkapp-ie. Nie ma powodu do obaw – prognozy podają ok.10°C, nawet na samej „górze” Skandynawii. Hmmmmmmmmmmm.....

 

 

Albert pakuje się „na ostatnią chwilę” – wyszedł z pracy o 17.00, a o 18.00 był już razem z Sylwią spakowany prawie na 100%. Koniecznie musi zabrać klapki – no przecież mamy spać w namiotach i kąpać się na stacjach benzynowych – więc na pewno się przydadzą. Maszyny przygotowane, dokładamy jeszcze jakieś drobiazgi. Jest ciepło. Chciałem zabrać tylko moje „wdzianko” tekstylne, ale jak ubrałem spodnie i wyszedłem na dwór, to od razu stwierdziłem, że to nie pójdzie tak łatwo – no więc zmiana – spodnie skórzane na siebie, tekstylne (z podpinką) do „bagażnika”. Ruszamy trochę po 19.00. Przejazd przez drogi byłych wschodnich Niemiec zajmuje nam trochę więcej czasu niż myśleliśmy – co druga wioska, to jakiś remont drogi, wymiana kostki brukowej na asfalt i jakiś objazd lub „kolorofony”. Po drodze mały postój na parkingu i stacji benzynowej – docieramy do portu gdzieś koło 22.30.

 czekamy na prom

Nie chcąc się na chama wpychać na prom stajemy w kolejce jak na cywilizowanych Europejczyków przystało, ale po chwili i tak zostajemy przywołani przez obsługę promu do wjazdu przed samochodami osobowymi i ustawienia motocykli na samym początku ładowni. Przypinamy jeszcze motocykle pasami do pokładu (tak na wszelki wypadek – jakby mocno bujało) i idziemy na kolację do baru i spać.

blada twarz o poranku

Ranek wstaje pogodny, słońce pojawia się na bezchmurnym niebie – no to dzień powinien być udany – sporo kilometrów nawiniemy.

sunrise...

Szwedzka kontrola celno-paszportowa trwa dosłownie minutę i zaczynamy naszą podróż po Szwecji w optymistycznych nastrojach. Naszym dzisiejszym celem jest dojechać do Sztokholmu, znaleźć Hard Rock Cafe, kupić tam koszulkę (Sylwia :) ) i wyjechać za Sztokholm tyle, na ile nam się uda. Pogoda piękna, drogi są dobre, mały ruch pojazdów – rozpędzamy się dość szybko i staramy się utrzymać prędkość w granicach 140 – 150 km/h. Zwalniamy jedynie jak wypatrzymy „karmniki” na poboczu bądź jakiś pojazd „z kogutem” na dachu. W związku z niezłym tempem podróży na stacjach benzynowych zatrzymujemy się na dłuższe chwile – mamy czas poleżeć trochę na trawniku, zjeść kanapkę.

kolejny postój

Grzegorz zabrał ze sobą kamerę – robimy trochę ujęć „z jazdy”, Albert staje „na koło” razem z Sylwią i całym bagażem. W Sztokholmie upał, pot spływa w dużych ilościach, wjechaliśmy do centrum (tak się nam przynajmniej wydaje) i usiłujemy znaleźć Hard Rock Cafe nie mając mapy, a zagadując tubylców (ach te Szwedki ;) ). W końcu jedna miła dziewczyna kieruje nas na właściwą drogę – okazuje się, że jest to niedaleko od miejsca naszego zatrzymania się. Zlani potem parkujemy maszyny pod knajpą i dosłownie zanurzamy się w jej klimatyzowanym wnętrzu.

Hard Rock Cafe - Sztokholm

Siedzimy tam ok. godziny – nikomu nie chce się wyłazić na taki skwar, ale stwierdzamy, ze można by jeszcze trochę dziś przejechać. Robimy jeszcze ok.200km i zjeżdżamy z drogi głównej do miejscowości Soderfors gdzie rozbijamy namioty nad jeziorem na kempingu, który jest jeszcze nieczynny, więc nie musimy płacić za nocleg. Jemy kolację i idziemy spać.

obozowisko nr 1

Wstajemy ok. 9-tej. Ranek jest dosyć chłodny, zaczyna kropić deszcz – wkładam spodnie tekstylne. Mamy nadzieję, że to tylko przelotnie, i że dalej będzie lepiej. Niestety, zaczyna padać coraz bardziej, wciągamy na siebie różne zabezpieczenia przeciwdeszczowe.

na cebulkę...

Pogoda się psuje, zaczynają wiać silne wiatry. Mam swój pierwszy „moment”: wiatr prawie spycha mnie z drogi, zwalniam i jadę na wprost w pochyleniu walcząc z wiatrem. Albertem i Grześkiem również nieźle zamiata po drodze. Robi się chłodniej i na kolejnym przystanku zakładamy cieplejsze rzeczy.

dwa bałwanki w śniegu ;))))

Mimo niesprzyjających warunków jesteśmy jednak zdeterminowani przejechać spory kawałek, aczkolwiek nie mamy ochoty rozbijać w deszczu namiotów, i zatrzymujemy się w Ornvik koło miejscowości Lulea w schronisku młodzieżowym. Recepcjonista podaje nam cenę 140 koron za osobę – jako że zaopatrzyłem się w międzynarodową legitymację Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych, nocleg ma mnie kosztować 100 koron. Oczywiście nie za bardzo się targujemy – zgadzamy się natychmiast. Pan wręcza nam klucze do trzech dwuosobowych pokojów nie prosząc o zapłatę z góry, ani nawet o jakikolwiek dokument. Schronisko w Ornvik składa się z domków i pawilonów – pawilon mieści dwanaście pokojów, trzy toalety, prysznic, kuchnię i jadalnię z telewizorem – jesteśmy więcej niż zadowoleni. Podkręcamy grzejniki na maksa, wieszając nad nimi zmoczone ubrania. Kąpiemy się i idziemy do jadalni robić sobie kolację, przy jedzeniu której oglądamy koncert Eurowizji z występem naszego przedstawiciela .

Na następny dzień rano wstajemy z nadzieją, że się trochę wypogodzi, ale gdzie tam. Na dworze deszcz ze śniegiem, termometr „wyrzucony” za okno pokazuje dwa stopnie powyżej zera. Skoro już tutaj jest zimno, to co będzie dalej na północy? Po śniadaniu nikomu nie chce się ruszyć, ale jakoś udaje nam się zebrać w sobie. Idziemy do recepcji. Pan wyciąga blankiet rachunkowy i pisze zaczynając ode mnie: 1 osoba za 100 koron; nagle się zastanawia, my trochę z nim się targujemy, w końcu się pyta: „to ile was było?”, ja mówię: „pięcioro”, Albert (ze śmiechem) „troje!”, na to Grześ: „o.k., pisz Pan czworo!”; recepcjonista śmiejąc się dopisuje „4 x” przed „1 osoba za 100 koron” – płacimy w sumie 400 koron i żegnamy się śmiejąc do rozpuku. Ale na dworze już nam trochę mniej do śmiechu. Pogoda do kitu, wdrapujemy się jednak na motocykle i ruszamy (z początku bardzo powoli) w kierunku granicy z Finlandią. Po drodze wali w nas deszcz ze śniegiem, wiatr, a nawet droga zasnuwa się mgłą, ale powoli się „rozkręcamy” i nasza prędkość podróżna rośnie. W miejscowości Töre wyprzedzamy dwa motocykle z Holandii. Zatrzymujemy się w miejscowości Haparanda na dworcu autobusowym, przy którym jest bar fast-food, żeby trochę odpocząć, rozgrzać się, napić kawy. Po jakimś czasie przyjeżdżają Holendrzy (dwóch pięćdziesięcioparolatków), również chcą się trochę ogrzać. Rozmawiamy sobie miło przez ok.15 minut – oni też jadą na Nordkapp, wybrali trasę prawie identyczną z naszą (chcą wracać przez fiordy), aczkolwiek przeznaczyli sobie na tę wyprawę 14 dni. Gadu, gadu, a czas leci – chcemy zatrzymać się na nocleg jak najbliżej Nordkapp-u. Granica Szwecji z Finlandią to już tylko taki kawałek jezdni wielopasmowej, parę budynków – nikt nic od nas nie chce – przejeżdżamy nawet się nie zatrzymując. Droga w Finlandii przypomina nam nasze drogi – jednopasmowa, niezbyt szeroka, z pęknięciami. Pochmurno, siąpi deszcz. Dojeżdżamy do Napapiiri – koła polarnego.

koło polarne - Finlandia

 Na linii stoi parterowy budynek, w którym jest duży sklep z pamiątkami oraz restauracja. Deszcz przestał padać, wychodzi słońce, termometr pokazuje już cztery stopnie powyżej zera. Robimy sobie zdjęcia (również z reniferem), kupujemy parę drobiazgów, siadamy w restauracji na kawę i ciastko. Humory zaczynają się poprawiać – może nie będzie tak źle.

tambylec :)

Po godzinie odpoczynku ruszamy dalej. Granica Finlandii z Norwegią wygląda podobnie jak poprzednia, nikt się nami nie zainteresował. Dojeżdżamy ok. 22.00 do Kautokeino, gdzie tankujemy benzynę i nagle słyszymy: „cześć, dokąd jedziecie?”. Młody chłopak wychyla się zza kierownicy mikrobusa na norweskich blachach i macha do nas. Okazuje się, że po okolicy jeździ cyrk, w którym pracuje on i jeszcze paru Polaków. Jeżdżą tak już ponad pół roku dając przedstawienia w różnych małych miejscowościach na północy Skandynawii. Dowiadując się, że jedziemy na Nordkapp mówi, że na wyspie Mageroya jeszcze przed tygodniem leżał śnieg na drogach. Życzymy sobie szerokiej drogi i ruszamy w swoich kierunkach.

kierunek Nordkapp

Mamy już okazję doświadczyć w pełni „białych nocy”. Pomimo późnej pory jest widno, słońce sobie świeci i w zasadzie człowiek traci odrobinę poczucie czasu – wydaje mu się, że jest jeszcze wcześnie i nie trzeba kłaść się spać. Ale kiedyś trzeba odpocząć – zaczynamy szukać noclegu. Przy pierwszym napotkanym drogowskazie wskazującym na miejsce do spania trafiamy na jakąś grupkę zabudowań, wokół których krząta się starsza kobieta. Usiłujemy nawiązać kontakt we wszystkich znanych nam językach, ale bezskutecznie. Odpowiada nam w jakimś języku (chyba norweskim) i odchodzi. Cóż, jedziemy dalej. Po parunastu kilometrach zauważamy kilka domów, przy których stoi pięć, lub sześć domków zbudowanych z jasnego drewna. Domyślamy się (jak się okazało słusznie), że są to domki do wynajęcia (150NOK za osobę). Mimo późnej pory (jest koło 23.00 – ale słońce nadal świeci) właściciel tych domków znajduje się dość szybko i po krótkich negocjacjach decydujemy się wziąć połowę takiego domku. Jest to i tak sporo, bowiem składa się on z dwóch części ze wspólną łazienką i prysznicem. Jedna część to dość spore pomieszczenie na parterze (z aneksem kuchennym – kuchenka elektryczna, lodówka, zlew, naczynia), w którym stoi rozkładana kanapa, stolik, stół i dwie ławy oraz piętro z dwoma szerokimi łóżkami. Rozkładamy graty, robimy coś do jedzenia (kupiliśmy nawet u naszego „gospodarza” piwo – po horrendalnej cenie zresztą – wychodziło ok.15PLN za 0,3l i w dodatku o mocy 2,3%), łazimy trochę po obejściu, filmujemy okolicę – słoneczko o 12 w nocy J. Kładziemy się spać około 2 w nocy.

Rano ciężko jest nam się zwlec z łóżek (pozostali mówią, że to przeze mnie – podobno ostro trenowałem rżnięcie drewna piłą łańcuchową, ale ja tam nie słyszałem żebym chrapał :))) ), budzimy się ok. 10-tej, potem toaleta poranna, prysznic, śniadanie – tak nam dobrze, aż nie chce się wyjeżdżać. Ruszamy dopiero ok. 13-tej mając ze 270km do Kafjord, skąd odchodzi prom na wyspę Mageroya.

I'm on the road again...

Od miejscowości Lakselv droga biegnie nad brzegiem fiordu Porsangen, widoki są przepiękne. Przejeżdżamy po drodze przez kilka tuneli, które robią na nas niesamowite wrażenie. Ich ściany nie mają na sobie warstwy betonu, ale jest to czysta żywa skała, z różnymi załomami i pęknięciami, z wystającymi odłamkami – wszystko to rozprasza dźwięk silnika tak, że uczucie jest naprawdę dziwne. Oświetlenie jest skromne, po wjechaniu do tunelu natychmiast odsłaniam szybę kasku, zrywam okulary przeciwsłoneczne i nadal mam wrażenie jakbym trzymał głowę w jakimś ciemnym pudle. Musiała upłynąć spora chwila, zanim oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Jeden z tych tuneli ma 7km długości – naprawdę ciekawa przygoda. Zaraz po przejechaniu tego tunelu zatrzymujemy się, robimy zdjęcia,

był sobie tunel

wymieniamy wrażenia. Stoimy niedaleko wyjazdu z tunelu, po prawej stronie za ok. półmetrową betonową barierką jest fiord, po lewej – prawie pionowo do góry wznosi się skała. Jedziemy dalej – przeprawa promowa już niedaleko. Mijamy jadące z naprzeciwka samochody i autokary – i obawiamy się, że chyba nie zdążymy na najbliższy prom, co niestety okazuje się prawdą – zabrakło nam 10minut – będziemy musieli czekać godzinę i 20 minut na następny kurs. Przed samą przeprawą jest rozjazd – zbudowany został tunel łączący wyspę ze stałym lądem – jego otwarcie ma nastąpić 15.06.1999 – czyli jesteśmy za wcześnie o ponad dwa tygodnie J. Po otwarciu tunelu ma być zlikwidowana przeprawa promowa. Bilet za przejazd będzie o ok. 30NOK droższy niż na prom, ale opłaty mają być pobierane jedynie do 2015 roku (nakłady na budowę mają się zwrócić) – potem przejazd będzie bezpłatny. Kupujemy bilety na prom (95NOK – w jedną stronę) i usiłujemy kupić jakąś kawę. Niestety, kafeja jest zamknięta, jakiś pałętający się w niej osobnik oświadcza, że sezon zaczyna się od 01.06 – czyli, że czynne będzie jutro :).

Kafjord Kafe

W takim razie idziemy do poczekalni, odpalamy nasz palnik i sami robimy sobie kawę i małe „conieco”. W międzyczasie przyjeżdżają nasi znajomi Holendrzy, pojawia się również Szwajcar z żoną na BMW GS1100. Witamy się, rozmawiamy, częstujemy ich kawą, oni nas cukierkami. Czas mija szybko – dochodzi 18.30 – wjeżdżamy na prom i płyniemy na wyspę.

wjeżdżamy na prom na Nordkapp!

Z promu zjeżdżamy jako pierwsi i szybkim tempem ruszamy na Nordkapp. Z miejscowości Honningsvag jest do niego 34km.

komunisci!!!! ;)

Po drodze widać na poboczach jeszcze sporo śniegu, jeziora są zamarznięte.

wall of snow :)

Przy bramce wjazdowej kupujemy bilety (175NOK) i wjeżdżamy na NORDKAPP!!!! :).

pocztówka

Zbliżamy się do parkingu, nawierzchnia jest kamienista – Albert prowadzi i... nie ma ochoty się zatrzymać! Okrążamy stojący tam budynek i podjeżdżamy pod sam „globus” – „rzeźbę” stojącą na „najdalej na północ wysuniętym cyplu Europy”. Oczywiście robimy zdjęcia „najdalej na północ wysuniętym motocyklom Europy” :),

najdalej na północ wysunięte motocykle Europy :)

kręcimy to na video i w pewnym momencie zauważamy dziewczynę idącą ku nam z budynku. Oczywiście przyszła nas powiadomić, że tutaj nie wolno wjeżdżać – jakbyśmy tego nie wiedzieli :). Mówimy, że jeszcze tylko parę zdjęć i już ustawiamy się na parkingu.

ot, taka sobie skała... :)

Jest chłodno – ok. 0°C. Wchodzimy do budynku, rozbieramy się z cięższych ubrań i zostawiamy je na zwykłym, stojącym w holu wieszaku. Oczywiście małe zakupy w sklepie z pamiątkami,

zakupy...

zwiedzamy cały budynek (!!!), schodzimy takim podziemnym korytarzem z kilkoma „wystawami” pokazującymi historię „podboju” Nordkapp, z piękną kaplicą ekumeniczną „wyrzeźbioną” w skale do „Grotten” baru, z tarasem widokowym umieszczonym w prawie pionowej, trzystusiedmiometrowej ścianie Nordkapp-u. Wrażenia są niesamowite. Wracając trafiam z Grześkiem i Bogusią do superkina Nordkapp na 15-minutowy film ukazujący piękno tych okolic o wszystkich porach roku. Ekran składa się z 5-ciu części i obejmuje kąt ok. 120°. Oczywiście dźwięk dookólny – efekty wspaniałe – zero słów – sam podkład muzyczny. Co prawda wchodzimy tam w parę minut po rozpoczęciu się seansu, więc nie widzieliśmy całości, Albert z Sylwią dołączają już pod koniec seansu – powstaje chęć obejrzenia tego raz jeszcze. Ale czekamy chwilę – w sali nie ma nikogo poza nami – jednak nic się nie dzieje. Szukamy kogoś kto mógłby nam to włączyć raz jeszcze – nie ma nikogo. Czas nas odrobinę pogania – o 22.10 jest ostatni prom z wyspy, a chcielibyśmy jednak nocować poza nią, aby rano ruszyć bez czekania na przeprawę. Zaglądam do takiej małej „realizatorki” i co widzę? Jak byk przycisk „PLAY" :). No to „play it again - sam” :). Światła gasną, projektory ruszają. Niestety, aparatura jest mądrzejsza i robi lekkie zamieszanie na ekranach. Zamiast panoramicznego obrazu na 5-ciu ekranach – 1, 3 i 5 lecą tak jak trzeba, a 2 i 4 powtarzają obraz odpowiednio z 1 i 3. Ale mimo to projekcja jest urzekająca, z przelotem dwóch F-16 nad Nordkapp-em we wszystkie strony, z pięknym wyciszeniem pod koniec i prezentacją nie zachodzącego słońca nad „globusem” oraz przepiękną „aurora borealis” nad Nordkapp-em i mocnym organowym akordem na sam koniec. Grzesiowi nawet udało się ten spektakl zarejestrować na kamerze. Wychodzimy z sali kinowej pod wrażeniem. Zaczynamy powoli szykować się do odjazdu – wszak do portu trzeba jeszcze dojechać 34km.

teraz Polska... :)

Niestety wciąż jest pochmurno i nie jest nam dane zobaczyć niezachodzące słońce nad Nordkapp-em.

sunrise, sunset...

Kilka telefonów do Polski i żegnamy Główny Cel naszej podróży. Troche jest nam dziwnie - jedziemy ponad dwa tysiące km w jedną stronę i potem spędzamy raptem półtorej godziny na miejscu. Ja postanawiam, że jeszcze kiedyś tu wrócę. Może za 15 lat... Jedziemy z powrotem do Honningsvag.

jestem Yeti :)

Zostało nam trochę mało czasu i  mało benzyny, więc Albert i Grześ decydują się wjechać do miasteczka na stację benzynową, ja natomiast skręcam do portu, aby dać znać załodze promu, że chcemy jeszcze się nim przeprawić. Mam tutaj swój drugi „moment” wyprawy. Wjazd do portu był akurat w przebudowie i nawierzchnia była miejscami żwirowa. Zbyt mocne naciśnięcie hamulca przedniego (normalne na „zwykłym” asfalcie) spowodowało, że poczułem jak zaczyna mi „uciekać” przednie koło – na szczęście szybko odpuściłem hamulec i skończyło się tylko na strachu. Jest 22.03. Szlaban zamknięty, załoga szykuje się już do podnoszenia pomostu wjazdowego (było mało ludzi na promie – widocznie chcieli ostatni kurs zacząć chwilę wcześniej), jednakże na mój widok wstrzymują się i otwierają szlaban. Mówię im, że zaraz wjedziemy na prom, żeby jeszcze chwilę poczekali – nie ma sprawy. Jadę do miasteczka żeby popędzić kolegów – kończą tankować - i decyduję, że już nie będę tankował – oni zdążyli, więc w razie czego skorzystam z ich zbiorników. Wracam do portu i zatrzymuję się na pomoście wjazdowym na prom (żeby nie zamknęli – jest 22.10), ale obsługa daje mi znaki abym wjeżdżał śmiało – na pewno zaczekają. Albert i Grześ dołączają do mnie po chwili. Kupujemy bilety, parkujemy motocykle i idziemy do promowej kawiarni na coś ciepłego. Po wylądowaniu na brzegu decydujemy poszukać noclegu w pobliskiej wiosce Repvag.

Repvag by night :)

Dojeżdżamy tam ok. 23.20. Na obrzeżu jest jakiś camping z domkami, ale recepcja zamknięta na głucho – przez okna widać, że dopiero szykują się do sezonu. Jedziemy więc do samej wioski i pytamy o nocleg takim troszeczkę lepszym hotelu z restauracją. Nocleg jest, ale cena nam nie bardzo odpowiada – ok. 170NOK za osobę. Pani w recepcji pyta, czy próbowaliśmy zajrzeć na camping. My na to – a i owszem, ale tam nikogo nie ma. No to ona mówi, że zadzwoni do właścicieli do domu. Po chwili oznajmia, że zaraz przyjadą i dla nas coś otworzą – możemy tam pojechać. Spotykamy ich już na miejscu – otwierają dla nas jeden domek

trochę widno jak na środek nocy... 12:00AM :)

oraz umywalnię z prysznicem i toalety. Koszt – 60NOK za osobę. Na nasze pytanie o możliwość kupna chleba właścicielka wsiada w samochód i przywozi nam cały bochenek. Rozmawiamy jeszcze trochę na dworze – oczywiście środek nocy a tu widno :), myjemy się (prysznic na monety – 10NOK za 6 min. ciepłej wody) i spać.

Rano wstajemy już trochę wcześniej – ok. 9-tej i ruszamy w dalszą drogę. Zatrzymujemy się na małe śniadanie i moje tankowanie po 50km w Olderfjord. Następny postój na obiad w miejscowości Alta. Pogoda z początku dobra – teraz zaczyna się trochę psuć, od czasu do czasu popaduje deszcz, ogólnie jest pochmurno. Jakoś nie możemy się „rozkręcić” i jedziemy trochę wolniej – szczególnie, gdy droga „wychodzi” znów na brzeg fiordów i widoki są znów oszałamiające – ośnieżone góry wyrastające z wody, pojedyncze i całe ich szeregi,

góry...

a droga wije się pomiędzy nimi, czasem widać, którędy będzie się zaraz jechać, jak tylko okrąży się wodę wcinającą się w ląd.

fiordy...

Zatrzymujemy się na campingu w Skibotn (cena przedsezonowa – domek, 60NOK za osobę). Oczywiście jak się zatrzymujemy – deszcz przestaje padać. Jedna rzecz nas trochę zaczyna niepokoić. Asfalt na tutejszych drogach jest bardzo „ostry” – opony zużywają się o wiele szybciej niż sądziliśmy. Moja tylna opona jest już mocno zużyta, u Alberta natomiast mocno zużyła się przednia – szczególnie na bokach (tyle tu pięknych zakrętów, a on lubi „polatać po winklach”). Grzegorz jeszcze nie narzeka – założył nówki przed wyjazdem, ale widać, że też wkrótce mu się skończą. Rozgorzewa dyskusja pt. „co robimy?”. Albert ma prostszą sprawę – 17” opony będą raczej w każdym sklepie motocyklowym, ale co ja zrobię z moimi 16”? Pada pomysł o opłynięciu Norwegii promem, wkrótce potem zamierzamy lecieć samolotem :))))). W końcu zapada decyzja – jedziemy do Narwiku, tam się zobaczy. Najwyżej poprosimy w sklepie motocyklowym żeby zadzwonili do jakiegoś innego sklepu w Trondheim – niech tamci zamówią dla mnie oponę (powinna w ciągu 1 dnia dojść) – a my jakoś się do Trondheim dotoczymy.

Następnego dnia ranek jest pochmurny, deszczyk zaczyna kropić gdy wsiadamy na sprzęty i po pół godzinie pada na całego. W deszczu dojeżdżamy do Narwiku i na stacji benzynowej pytamy o sklep motocyklowy. Miła panienka daje nam niedużą mapkę miasta i zaznacza, gdzie znajduje się sklep firmowy Kawasaki z warsztatem. Jedziemy tam, wchodzimy i pełen obaw pytam o oponę dla mnie, a pan sprzedawca na to: Jaką Pan sobie życzy? Bridgestone? Metzeler? No to wraca mi humor, proszę o Metzelera i wymianę. Pan na to: o.k. ale czy sam zdejmę i założę koło – on oponę zmieni i wyważy, ale jest mu pilno na jakieś spotkanie. „No problem” – już się robi, opona jest – humor dopisuje. Za oponę zapłaciłem ok. 550PLN w przeliczeniu – więc była to cena całkiem znośna – praktycznie taka jak w Polsce. Wymiana i wyważenie było GRATIS!!! (dlaczego tak krzyczę to się jeszcze okaże). Albert kupuje i zmienia przednią oponę u siebie. Oczywiście płaci tylko za oponę. W sklepie zauważamy jak potworne są w Norwegii ceny na motocykle. Średnio dwa razy większa cena niż w Polsce – no ale zarobki podobno też są przyzwoite. Przed serwisem leży sterta używanych opon. Albert przyuważył prawie nówkę 180-tkę Michelina dla siebie, jeszcze ma kolce po bokach, znajduje na niej oznaczony ślad od przebicia jakimś gwoździem. Pyta więc sprzedawcę, czy mógłby ją odkupić, ale sprzedawca mówi, że są one bezwartościowe, ponieważ po zmianie takiej przebitej opony on dodatkowo wierci w niej dziurkę małym wiertłem (?!@#). Na szybko nie możemy się dopatrzyć tego drugiego otworu, więc opona ląduje na moim kufrze i wyruszamy dalej. Pałętamy się trochę w deszczu po mieście, zaglądamy do biura informacji turystycznej, prosimy o jakieś wskazówki jak dojechać na cmentarz polskich marynarzy poległych w czasie II wojny światowej – dostajemy jakieś mgliste wskazówki. Jedziemy pod wskazany adres – jest cmentarz marynarzy, aczkolwiek nie możemy doszukać się polskich grobów. Deszcz pada coraz mocniej, czasu trochę straciliśmy – ruszamy dalej. I tu mam swój trzeci „moment” – tory kolejowe przechodzące przez ulicę ukośnie – pada deszcz, prędkość ok. 70km/h, nie wykonałem „najazdu” na nie pod większym kątem i dosłownie przestawiło mnie chyba o pół metra w bok. Grzegorz jadący za mną później powiedział, że też mu się zimno zrobiło jak zobaczył, co ze mną się dzieje. Ale z rozpędu motocykl to jakoś przeskoczył, „załapał” twardy grunt i odzyskał równowagę. Po kilkunastu kilometrach trochę się rozpogodziło, przestało padać, wyjrzało słońce. Przystajemy, robimy zdjęcia okolicy, szczególnie podoba się nam mijany po drodze most.

most trochę bliżej...

Kręcę kamerą przejazd Grzesia po tym moście,

most z oddali...

następnie szybko dojeżdżamy do Skarberget, gdzie jest przeprawa promowa (60NOK) do Bognes, której nie da się objechać (przynajmniej tak pokazuje mapa). Motocykle w ładowni, my do kawiarni na 15 minut.

woda i góry...

Przejeżdżamy jeszcze trochę, znowu się chmurzy i zatrzymujemy się na kolejnym campingu w Fauske (domek, 60NOK za osobę J). Albert zabiera się za oponę, którą „porwaliśmy” w Narwiku, „kołkuje” oznaczoną dziurę przy pomocy standardowego zestawu za 30DEM i odnajduje tę drugą, wywierconą specjalnie. Na szczęście okazuje się być niewielka i jest zrobiona przez bieżnik a nie w ściance opony. Decydujemy, że może w Trondheim załatają nam ją bardziej fachowo.

Kolejnego dnia wyruszamy ok. 10-tej. Oczywiście wczesny ranek jest pogodny, ale jak tylko wsiadamy na motocykle, to zaczyna kapać. Jedziemy trochę bardziej w głębi lądu przez kilka niesamowitych „płaskowyży” i dojeżdżamy do koła polarnego – tym razem w Norwegii.

koło polarne - Norwegia

Pamiątkowe zdjęcia, kupujemy parę drobiazgów na pamiątkę w stojącym tam budynku,

jestem Wikingiem!

do kawiarni już nie wchodzimy – jest tu o wiele większy ruch, sporo autokarów, w większości niemieckich z obsadą ludzi w podeszłym wieku. Spotykamy tam tez kilka motocykli – też sami Niemcy. Droga przesuwa się na około 100km na brzegi fiordów pomiędzy miejscowością Mo i Rana a Mosjoen, następnie wraca pomiędzy góry i biegnie przez spory odcinek wzdłuż rzeki. Niesamowite wrażenia wywołują wodospady licznie schodzące z otaczających drogę gór. Krajobraz zaczyna się zmieniać z brunatno-szarego na coraz bardziej zielony. Widać wiosnę docierającą coraz dalej na północ. Zatrzymujemy się na nocleg na campingu (domek, 60NOK za osobę) nieopodal miejscowości Levanger, jakieś 70km od Trondheim. Wieczór robi się pogodny, podziwiamy słońce chylące się nad horyzontem. Znika w chmurach, jednak ciemność na dobre nie zapada. Jemy kolację, Sylwia zauważa w sąsiedniej przyczepie campingowej (takiej osadzonej na fundamentach, przy której stoi samochód na norweskich numerach) osobnika w pięknym swetrze i namawia nas, abyśmy temu panu sweterek dla niej zabrali. Oczywiście wszystko w żartach i na głos. Łażę potem jeszcze dookoła domku, robię zdjęcia zachodowi słońca i nagle osobnik w swetrze odzywa się: Dobry wieczór! A skąd i dokąd to jedziecie? Nie mogąc wytrzymać ze śmiechu opowiadam mu o naszej wycieczce, on mówi, że mieszka i pracuje w Norwegii już od ładnych paru lat, a teraz ma urlop i jeździ sobie z rodziną po kraju. W dobrych humorach kładziemy się spać, aczkolwiek tylna opona Grzegorza i Alberta również są kandydatkami do wymiany.

Następny dzień rozpoczyna się standardowo – zaczyna padać. Jedziemy szybko do Trondheim, odnajdujemy tam sklep BMW – owszem, mają oponę do GoldWing-a, ale jeśli chodzi o wymianę, to nie mogą pomóc, podnośnik zajęty, mało miejsca itd. Prosimy więc o namiary na sklep Yamahy. Grzegorz jest dealerem Yamahy w Szczecinie, Albert pracuje w serwisie – powinniśmy się nieźle dogadać. Podjeżdżamy do sklepu – a i owszem opona jest, jeśli chodzi o wymianę, to musimy chwilę poczekać, serwis ma przerwę. Czekamy więc i rozmawiamy z szefem sklepu. Odnajduje on nasz szczeciński sklep w międzynarodowym spisie dealerów Yamahy, częstuje nas napojami, ogólnie jest miło. Rozglądamy się po sklepie – ceny motocykli są okrutne np. R6 kosztuje 1200000NOK, czyli ok. 60000PLN, gdy u nas kosztowała ok.34000PLN. Parę minut po 12.00 przychodzi szef serwisu i mechanicy – no tak, oponę mogą wymienić i wyważyć, ale koło musimy ściągnąć sami. Podnośniki mają zajęte i w ogóle nie bardzo mają czas. Wygląda, że najlepiej jakbyśmy zostawili motocykl na trzy dni, to łaskawie go zrobią. Trochę nas to spienia, ale z uśmiechem pożyczamy lewarek i parę innych narzędzi i zabieramy się do rozbierania Goldasa – trochę plastiku trzeba tam odkręcić.

zmiana gumy

Zdejmujemy koło, serwisanci wymieniają oponę, wyważają, zakładamy koło z powrotem. Albert prosi o fachowe załatanie dziurki w tym Michelinie z Narwiku. Chce go założyć do siebie – tył też już mu się skończył. Co robi serwisant? Wyciąga zestaw kołków taki sam, jak my mamy i zakłada jeden z nich. QRRRDE!, mogliśmy to sobie sami zrobić – ciśnienie nam znowu rośnie. Ściągamy tylne koło Yamahy Alberta serwisanci zmieniają oponę, wyważają, zakładamy je z powrotem. oddajemy narzędzia i idziemy do kasy. Co się okazuje – Grzesiek kupił oponę tu w tym sklepie, ale i tak każą mu zapłacić dodatkowo 200NOK za wymianę i wyważenie, Alberta kasują 200NOK wymiana i wyważenie + 150NOK za zakołkowanie!!! Dyskutujemy jeszcze chwilę, że w innym salonie troszkę inaczej nas potraktowano, ale to na nic. Żegnamy się z nimi z uśmiechem i staropolskim „ch... wam w d...” na głos, po polsku. Oni – uśmiechając się - odpowiadają nam w swoim narzeczu – być może równie miłym zwrotem. Straciliśmy sporo czasu, jest czwarta trzydzieści, jedziemy do miasta obejrzeć katedrę – miejsce koronacji królów norweskich. Niestety przed sezonem zwiedzanie kończy się o 16.00. Oglądamy ją z zewnątrz, robimy zdjęcia.

katedra w Trondheim

Następnie stwierdzamy, że czas coś zjeść - idziemy do McDonalds. Robi się już późne popołudnie, więc ruszamy dalej – musimy jeszcze trochę dziś przejechać. Koło 22.30 dojeżdżamy do Lillehammer i zatrzymujemy się na campingu nad jeziorem (domek, 50NOK za osobę). Albert po drodze wypatrzył kierunkowskaz na zlot motocyklowy – zostawiamy graty w domku jedziemy go zobaczyć. Zlotowisko mieści się nieopodal obiektów sportowych znanych z olimpiady zimowej – mamy okazję podziwiać je w lecie – wszak jest widno (taka szarówka – ale zawsze nie noc) pomimo późnej pory. Zlot jak zlot – nic specjalnego, około 100 maszyn, namioty, muzyka z aparatury, żadnej ludożerki. Szwendamy się troszeczkę, rozmawiamy z ludźmi, kupujemy piwo bezalkoholowe ;), i po parunastu minutach jedziemy spać. Wszak jutro musimy dojechać do Trelleborga na prom o 23.00.

Wstajemy dość wcześnie, pogoda jest znośna, trochę mokro, ale się wypogadza. Dość szybko dojeżdżamy do Oslo, jest po drodze kilka dłuuuuuugich tuneli, ale nie robią na nas już wielkiego wrażenia – ot betonowe rękawy. Oczywiście należy się kilka strzałów z wydechów – efekty są niezłe :). Przejazd autostradami koło Oslo jest bezpłatny dla motocykli, mkniemy więc jak najszybciej na południe. Po drodze pogoda znów daje popis i wali wszystko co ma w repertuarze: słońce, mżawka, deszcz, grad, deszcz, słońce, silne boczne wiatry, deszcz, mżawka, słońce. W Trondheim jesteśmy ok. 21.00, musimy trochę zaczekać zanim będziemy mogli wjechać na prom.

czekając na prom...

Dzwonimy do kraju i ogólnie się odprężamy. Pomimo braku rezerwacji bez problemu udaje nam się wykupić kabinę. Śpimy więc do samego Rostocku.

Poranek jest pochmurny, ale na razie nie pada. Tankujemy na stacji koło Rostocku i ruszamy do Szczecina. Oczywiście po drodze musi padać – bo jakżeby inaczej :))). Około godz. 9.00 oficjalnie kończymy naszą wyprawę na stacji Aral w Lubieszynie

Happy End

 i zbliżając się do centrum Szczecina rozjeżdżamy każdy do swojego domciu.

 

Zadowolenie z wyprawy jest ogromne, co prawda koszty są takowe również :). Ceny benzyny wahały się między 8-9SEK i NOK, tylko najdalej na północy kosztowała ona 9,5NOK – czyli było ok. 4-4,5PLN. Oszczędności jedynie w postaci zabranych ze sobą konserw i „gorących kubków”, kupowaliśmy tylko pieczywo, napoje, ewentualnie pomidory i ogórki. Wielkich ekscesów piwnych nie było – piwo i inne alkohole są drogie i na stacjach benzynowych nie ma mocniejszych niż 2-2,3%. Z ciekawostek: im dalej na północ, tym spokojniej można było zostawić na motocyklu kask, kurtkę, plecak, torbę na zbiornik bez obawy, ze ktoś to ukradnie. Po powrocie do kraju trzeba było szybko się odzwyczaić od takiego postępowania. Szwecja i Norwegia są rzeczywiście nastawione na turystów. Jest bardzo dużo miejsc campingowych, domki są czyste i przytulne, urządzenia sanitarne w dobrym i bardzo dobrym stanie. Jeśli tylko finanse w przyszłości pozwolą, to z pewnością wybiorę się na Nordkapp jeszcze raz.

 

Strona Nordkapp-u.